Wspaniała metafora „radykalnej akceptacji” Marshy Linehan

Wspaniała metafora „radykalnej akceptacji” Marshy Linehan

Przetłumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Spotkałem się z tym cytatem po raz pierwszy korzystając z publicznej listy mailingowej Terapii Akceptacji i Zaangażowania (ACT) na Yahoo Groups – wysłał ją Philippe Vuille, terapeuta ACT pracujący w Szwajcarii. Pochodzi z artykułu Marshy Linehan „Uważna akceptacja i zmiana: podstawowa dialektyka psychoterapii.” Linehan jest autorką dialektycznej terapii behawioralnej (DBT), jednej z tak zwanych terapii behawioralnych „trzeciej fali”, do której przynależy Terapia Akceptacji i Zaangażowania oraz terapia poznawcza oparta na uważności. DBT wydaje się być szczególnie pomocne osobom z zaburzeniem osobowości borderline, które bez niej ciężko przeżywają zarówno terapię, jak i samo życie.

Wszystkie te terapie i treningi „trzeciej fali” korzystają gęsto z technik uważności jako narzędzia wejścia w kontakt z tym, co się dzieje, zamiast uciekania od „negatywnych” czy stresujących emocji. Tak można też określić akceptację psychiczną – ale bardzo specyficzny jej rodzaj, nie bierną postawę, lecz objęcie, witanie czy otwarcie się.

W każdym razie – oto cytat. W oryginale to jeden akapit, ale podzieliłem go dla zaakcentowania na trzy. Uważam, że jest wspaniały. Samemu wydrukowałem go na wizówkach i przyczepiłem je do ściany jako przypomnienie prawdziwego znaczenia akceptacji i tego, czemu jest tak wartościowa.

„Radykalna akceptacja nie jest po prostu postawą lub działalnością poznawczą – to totalne działanie. To skok z klifu. Musisz skakać raz po raz, ponieważ możesz akceptować coś tylko w jednym momencie. Zatem, musisz aktywnie utrzymywać tę akceptację, znowu i znowu w każdej chwili.

Jeśli radykalna akceptacja to skakanie z klifu do głębokiej otchłani, to zawsze znajdzie się korzeń drzewa, który wystaje z klifu tuż poniżej jego krawędzi, i w chwili, kiedy obok niego przelatujesz, chwytasz się i przywierasz do niego. I wówczas jesteś na nowej krawędzi, pytając się być może „Jak to się stało?” I wtedy wyskakujesz ponownie.

Radykalna akceptacja jest ciągłym wyskakiwaniem, wyskakiwaniem, wyskakiwaniem i wyskakiwaniem, raz po raz. Radykalna akceptacja jest też nieoceniającą akceptacją powtarzającego się chwytania korzenia drzewa.”

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Emocje są superkrótkie

Przetłumaczył: Bartosz Kleszcz
Źródło: scienceofemotions.wordpress.com

Wiele osób reaguje z pewną dozą sceptycyzmu, kiedy o tym wspominam. I nie bez powodów. Kiedy doświadczamy nieprzyjemnych emocji (takich jak lęk, złość lub smutek), to często sprawiają wrażenie, jakby miały trwać w nieskończoność. Ale nie o to tutaj chodzi. Pozwólcie mi wyjaśnić.

Po pierwsze, emocje sprawiają wrażenie, jakby miały trwać długi czas. Przykładowo, badania na temat przewidywania nastroju wskazują na to, że wszyscy ulegamy przekłamaniom, jeśli chodzi o ocenę intensywności i czasu trwania naszych emocjonalnych reakcji na jakieś wydarzenia. Mamy tendencję do myślenia, że negatywne emocje będą się ciągnąć, a te pozytywne będą trwać niewystarczająco długo. Pomyśl tylko o tym. Poświęć kilka sekund na przypomnienie sobie, kiedy ostatnio doświadczałeś lub doświadczałaś nieprzyjemnych emocji. Albo wyobraź sobie lęk związany z wizytą u dentysty. Czy ta wizyta sprawiała wrażenie, jakby miała trwać wiecznie? A teraz pomyśl o ostatnim razie, kiedy zrobiłeś lub zrobiłaś coś ekscytującego z lubianymi przez ciebie osobami? Być może przypomnisz sobie przechadzkę po parku z kimś bliskim. Czy czas minął szybko? W obu wypadkach najbardziej prawdopodobną odpowiedzią będzie: tak. Dzieje się tak dlatego, że emocje mogą przejąć kontrolę nad naszą percepcją czasu. W rzeczy samej, kiedy jesteśmy w samym środku jakiegoś emocjonalnego przeżycia, całe doświadczenie jest pod jego wpływem. Kiedy czujemy lęk, trudno myśleć wówczas o czasie, kiedy czuliśmy się zrelaksowani. Kiedy czujemy zadowolenie, trudno przypomnieć sobie o chwilach, kiedy byliśmy smutni. Przykłady można mnożyć.

Nie tylko idzie nam cienko w przewidywaniu długości trwania emocji, ale czasem także nieświadomie przedłużamy dokładnie te emocje, których najchętniej byśmy się pozbyli. Przykładowo, próba zduszenia naszego naturalnego dla danej chwili wyrazu twarzy może prowadzić do zwiększenia aktywności we współczulnym układzie nerwowym (uruchamiając szereg obronnych reakcji walcz-lub-uciekaj). Zatem jeśli czujemy lęk u dentysty i próbujemy udawać na twarzy, że wszystko jest ok, może to sprawić, że nasz układ współczulny zacznie produkować więcej potu i zwiększać akcję serca, co z kolei sprawi, że będziemy bardziej spięci i przestraszeni. W tym wypadku uzasadnionym wnioskiem będzie, że lęk trwał dość długo. Ale stało się to tylko dlatego, że przyczyniliśmy się do wydłużenia go przez tłamszenie tego, jak się czujemy. Jeśli przestalibyśmy próbować go regulować na siłę, najprawdopodobniej bylibyśmy świadkami tego, jak w naturalny sposób najpierw się zwiększa i po kilku sekundach obniża (być może po kilku minutach, jeśli jesteś naprawdę przerażony lub przerażona wizją dentysty grzebiącego ci w zębach).

Zatem jeśli w ciągu dnia zauważysz, że masz jakąś emocję, która wydaje się trwać i trwać, zastanów się nad punktami powyżej. Skorzystaj z tych pytań jak z przewodnika:

  1. Czy możesz przypomnieć sobie, kiedy ta emocja zaczęła się? (Wskazówka: prawdopodobnie niedawno.)
  2. Czy próbujesz odpychać ją jak najdalej tylko po to, aby być świadkiem tego, jak wraca raz po raz? (Wskazówka: najpewniej tak.)

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Jak zaakceptować emocje w samym środku zawieruchy

Jak zaakceptować emocje w samym środku zawieruchy

Przełumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Coś wyprowadziło cię z równowagi. Nie możesz pozbyć się myśli o tym. Masz ewidentny kłopot i zmagasz się z lawiną złych emocji. Jaką radę słyszymy czasem od innych, a nawet od samego siebie? „Po prostu zaakceptuj to.” Cuż… Łatwiej powiedzieć niż zrobić.

„Po prostu zaakceptuj to” przywodzi na myśl jakiś rodzaj aktywnego zapominania. Być może wypróbowałeś lub wypróbowałaś już na własnej skórze eksperyment – „Nie myśl o różowym słoniu.” Jak tylko taki słoń pojawi się w twej głowie, zwyczajnie nie da się o nim zapomnieć. To samo tyczy się żałoby, gniewu lub innych silnych, wymagających emocji.

Zaakceptuj to

Inne podejście do sprawy, to „zaakceptować to.” Ale co to oznacza? Z pewnością dla różnych osób może znaczyć to coś odmiennego, ale dla mnie sensem tego jest, by być obecnym w obliczu nieprzyjemnych uczuć zamiast uciekać lub kryć się przed nimi. Postaraj się naprawdę poczuć te trudne emocje. Obserwuj je. Nie bój się ich lub nie rozglądaj się za miejscem, dokąd można przed nimi zwiać. Zamiast tego podejmij wyzwanie życia z nimi i uczenia się od nich, pewny lub pewna w wiedzy, że czas temu poświęcony będzie bandażem na twe rany. Kiedy podchodzisz do tego z takim rodzajem spokoju, z takim zaangażowaniem, na jakie cię stać, odkryjesz własną siłę i na przestrzeni czasu zauważysz, że złe uczucia zaczynają mięknąć i topnieć.

Daj sobie czas

Zależnie od sytuacji, może to zabrać całkiem sporo czasu lub zadziałać w ciągu jednego popołudnia. Podstawową zasadą do trzymania w pamięci jest, aby nie spieszyć się. Zaufaj i wiedz, że rzeczy poprawia się. Bądź cierpliwy lub cierpliwa dla siebie i w trakcie całego procesu.

Przewodnik obecności

Oto kilka pytań i postaw, które będą ci przewodnikiem podczas twej pracy nad byciem obecnym, obecną ze stawiającymi ci wyzwanie emocjami:

  • Co teraz naprawdę czuję? Jaka jest istota tego uczucia?
  • Z perspektywy obserwatora to bardzo ciekawe.
  • Jak opisałaby to osoba z zewnątrz?
  • Dlaczego uciekam od tego?
  • Dlaczego czuję się z tym źle?
  • Co mogę uczynić, aby zmienić swój punkt widzenia w tej kwestii?
  • Czego mogę nauczyć się z tych uczuć?
  • Mogę sobie z tym radzić.
  • Mogę zachować spokój, kiedy emocje wędrują przez mój umysł i moje ciało.
  • Nie uciekam od tego i także nie przywiązuję się do tego.
  • Jest coś, czego te emocje mogą mnie nauczyć.
  • Jest w tym jakiś sens. Jaki to sens?
  • Wiem, że w pewnym momencie sens tego stanie się jasny.
  • To mnie wzmacnia.
  • Jestem silny, silna.
  • To w porządku czuć się właśnie tak. Nie muszę uciekać.
  • Na dłuższą metę przekształci się to w coś pożytecznego.

Przykłady, kiedy „zaakceptuj to” może być pomocne

  • Rzucanie palenia lub radzenie sobie z innym uzależnieniem
  • Czucie wściekłości po jakimś konflikcie lub walce
  • Bycie w żałobie po stracie ukochanej osoby
  • Rozczarowanie
  • Zazdrość

Prowadzenie życia

„Zaakceptuj to” oznacza bycie obecnym czy obecną razem z trudnymi uczuciami, jednak nie tylko – oznacza także przeżywanie własnego życia. Życie własnym życiem, bycie aktywnym, zaangażowanym jest sporą częścią zdrowienia. Jeśli jesteś w męczarniach żałoby, oczywiście powinieneś czy powinnaś podejść do tego z wyczuciem, powoli. Wsłuchaj się w to, co ma ci do powiedzenia twoje ciało i dusza. Jednocześnie podejmuj próby, na początku drobne, aby być aktywnym, aktywną. Celem tego nie jest zatapiać twoje teraźniejsze uczucia, ale raczej by dać ci siłę fizyczną i psychiczną perspektywę, która pomoże ci zachować obecność w obliczu tych uczuć oraz zdrowiec. To równowaga. Pośwęć trochę czasu na analizę i trochę czasu na życie. Życzy ci pokoju.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

O trzymaniu uczuć w delikatny sposób

O trzymaniu uczuć w delikatny sposób

Przetłumaczył: Bartosz Kleszcz
Źródło: link

Czasem, kiedy działamy na rzecz czegoś ważnego w naszym życiu, doświadczamy jednocześnie bolesnych emocji. I możemy w obliczu tego okazać gotowość do doświadczania ich.

Istnieją dwa istotne aspekty tej gotowości. Mamy „gotowość do ruchu” oraz „gotowość do czucia.” Jeśli pomyślisz o ludziach z fobią przed lataniem, to będziesz mieć jak na dłoni oba typy. Niektórzy nie wejdą nawet na pokład samolotu – brak im „gotowości do ruchu.” Jednakże wielu z nich, którzy już weszli i właśnie gdzieś lecą mają kciuki zaciśnięte do białości i trzymają się czujnie za walące serce – brak im „gotowości do czucia.” Oba rodzaje gotowości to kwestie decyzji.

Pozwól, że pozwolę ci poczuć, co to znaczy „gotowość do czucia.” Złóż swoje ręce, jakbyś nabierał lub nabierała wodę. Wyobraź sobie, że trzymasz w dłoniach piórko – będzie to coś delikatnego. A teraz wyobraź sobie trzymanie w złączonych dłoniach okrągłego, pełnego igieł kaktusa. Nie będzie to nic delikatnego. Jednak wciąż możesz trzymać go delikatnie. Gotowość do czucia to delikatne trzymanie wszystkiego, co można trzymać w dłoniach, w sercu, w całym ciele i w umyśle.

Niezależnie od tego, jakie uczucia się pojawią, możesz traktować je delikatnie i z troską. Jak by to mogło wyglądać? Które emocje są dla ciebie najtrudniejsze do takiego traktowania?

Czy możesz złapać się za każdym razem, kiedy twoje serce twardnieje wobec bólu… i powrócić do miękkiego, delikatnego traktowania?


Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Mądrość przyzwalania na wydarzanie się

Mądrość przyzwalania na wydarzanie się

Przełożył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Mistrz przyzwala, aby rzeczy wydarzały się
Kształtuje wydarzenia w miarę, jak przychodzą
Schodzi im z drogi
I pozwala Tao mówić za siebie
~ Księga Drogi i Cnoty

Oto czego uczę się od ostatnich kilku lat. Przyzwalania, aby rzeczy wydarzały się.

Jest to przeciwne podejście wobec tego, co uważamy w naszym zachodnim społeczeństwie niemal za instynktowne – jesteśmy działającymi, twórcami naszego przeznaczenia, sprawiamy, że rzeczy zaczynają istnieć… Nie czekamy, aż wydarzą się same! Takich rzeczy uczyłem się od najmłodszych lat, poprzez szkołę i te wszystkie motywujące filmy sportowe. Zatem przyzwalanie na wydarzanie się nie jest moim normalnym sposobem funkcjonowania.

Nigdy wcześniej nie należałem do grupy sponsorowanej przez pasywność, ani nie pozwalałem rzeczom wydarzać się wedle własnej natury. Zamiast tego skupiałem się tym, by wreszcie zaczynały istnieć, egzekwując swoją wolę nad nimi.

Ale oto, czego się ciągle uczę.

Owa kontrola nad naszym życiem i przeznaczeniem, którą bierzemy za pewnik… jest iluzją. Jak u faceta, którego życie wywróciło się na drugą stronę z powodu zawału; kobiety, której śmierć odebrała ojca i nie zdążyła się nawet pożegnać; rodziny, która straciła dom w powodzi; przedsiębiorcy, któremu się powodziło do momentu, w którym ekonomia wpadła w recesję i ludzie ograniczyli wydatki; ciężko harującego pracownika, którego firma pozbyła się z powodu gospodarczej zapasci; rowerzysty trafionego przez auto; auta, które wyleciało z trasy, by nie trafić wbiegającego nagle na źle oświetloną ulicę; mamy z autystycznym dzieckiem, mimo realizacji wszystkich zaleceń podczas ciąży… To zdarza się każdego dnia, kiedy wydaje się nam, że jesteśmy u sterów, a tak naprawdę jest odwrotnie. Czy kontrolujemy wszystkich, którzy tak dogłębnie wpływają na nasze życie? Czy mamy pod kontrolą potężną siłę natury? Poza naszą kontrolą jest tak wiele, że to, co za tę kontrolę bierzemy, tak naprawdę jest iluzją.

Aby mieć krowę pod kontrolą, daj jej większe pole. To świetny cytat z mistrza Zenu Suzuki Roshiego, kiedy przemawiał na temat kontroli umysłu. Widzę krowę i pole jako rodzaj przyzwalania rzeczom na wydarzanie się – zamiast trzymać coś krótko, otwierasz się, dajesz temu przestrzeń, większe pole. Krowa będzie szczęśliwsza, będzie hasać na nim, będzie robić to, co się jej podoba, a jednocześnie twoje potrzeby także będą zaspokojone. To samo tyczy się także innych rzeczy – wyjęcie rąk z wrzątku i przyzwolenie na wydarzanie się oznacza, że rzeczy same o siebie zadbają, a twoje potrzeby będą zaspokajane wraz z tym. A ty nie kiwnales czy nie kiwnelas nawet palcem.

Mniej stresu, mniej przejmowania się. Wyobraź sobie pozwolenie światu, aby naturalnie zaczął się tworzyć przed twoimi oczami i by rzeczy w nim same znajdowały swoje rozwiązanie, a cały twój wkład to uśmiech i bycie tego świadkiem. Nie musisz przejmować się kształtowaniem wydarzeń, kontrolowaniem czegoś, co tej kontroli nie chce. Nie musisz popychać w żadnym kierunku, łatać przecieć i gasić pożarów. Pozwalasz rzeczom znaleźć swoje własne rozwiązanie. Wydarzy się to samo.

Rzeczy zaskoczyć cię. Powiedzmy, że pozwalasz czemuś toczyć się własnym tokiem. Możesz chcieć, aby potoczyło się w konkretnym kierunku, na rzecz pewnego wyniku. To twój cel. Ale co, jeśli pozwolisz takiej idei odejść? Co jeśli powiesz „Nie wiem, co się stanie.” (Przy okazji, naprawdę nie wiesz.) Co jeśli powiesz „Zobaczmy, co się stanie.” Następnie coś się stanie, ale nie tak, jak planowałeś, planowałaś. Wynik może być zupełnie inny od oczekiwanego. Ale wciąż może być ekstra, tyle że na inny sposób. Może nawet na cudowny i niespodziewany. Niespodzianki są dobre, jeśli zaakceptujemy, że rzeczy ciągle ulegają zmianie i że zmiana to coś dobrego.

Uczysz się, jak rzeczy działają. Zamiast pr덡b nagięcia czegoś do swej woli, zwyczajnie obserwuj jak działa. Nauczysz się wiele więcej na temat ludzkiej natury, na temat natury świata, podczas obserwacji tego, jak coś funkcjonuje, nie kontrolując tego procesu. Może to nawet cię zmienić.

To wszystko bardzo dobre, te wszystkie twoje przemyślenia. Ale nie zapełni to mojego stołu jedzeniem.
Może masz rację. W związku z tym nie pozwól, bym zatrzymał cię przed tym, co masz zrobić. Kontynuuj. Ja tylko sobie usiądę i będę się temu przyglądał.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Ścieżka niewiedzy przedsiębiorcy

Ścieżka niewiedzy przedsiębiorcy

Przełumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Wielu ludzi rozpoczynających własną działalność gospodarczą próbuje kontrolować osiągane wyniki poprzez:

  1. Wymyślenie pewnej drogi, wizji, dzięki której firma osiągnie sukces.
  2. Stawianie sobie celów, które przybliżają do realizacji tej wizji.
  3. Próby wyciśnięcia z siebie i/lub pracowników wszystkich soków podczas jak najbardziej produktywnego dnia.
  4. Próby wyprodukowania określonej ilości czegoś lub trafienia w jakieś statystyki (wejścia na stronę, ilości subskrybentów, wysokości obrotu czy sprzedaży).

Niestety zdolność kontrolowania wyników jest iluzją. Jest to jedna z podstawowych lekcji, których nauczyłem się podczas sześciu lat prowadzenia własnej działalności.

Tak naprawdę nie wiesz, jaki obrót przyjmą sprawy.

I jest to w porządku.

Nawet bardziej – to niesamowite.

Oczywiście, brak wiedzy o tym, jak się potoczy nasz los – z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok – jest szaleńczo przerażający, nie zamierzam temu przeczyć. To tak przerażające, że może budzić cię czasem w środku nocy w prześcieradle mokrym od potu.

Ale ten brak wiedzy jest właśnie tym, co czyni życie przedsiębiorcy bardziej zadziwiającym niż regularna praca za biurkiem z regularną wypłatą. Podejmujemy ryzyko, doświadczamy porażek, nie wiemy, co się stanie, a kiedy przychodzi wpływać na nieznane wody, nie tylko zamaczamy w nich mały palec, ale skaczemy w nią na główkę.

Tak, brak wiedzy jest przerażający. Ale jeśli przyjmiesz to, brak wiedzy może być uwalniający i może stać się zaletą.

Rzućmy okiem na to, jakie pozytywne strony może mieć taki stan, oraz jak pozostać obecnym, obecną w samym środku nieznanego.

Zalety niewiedzy

Pytanie godne Milionerów: co powoduje najwięcej lęku? Odpowiedź za milion: pragnienie, aby rzeczy potoczyły się w jakimś kierunku. Przywiązanie do wyniku – chęć, aby ktoś, kogo kochasz, odwzajemnił to; chęć, aby ludzie, którzy przyszli na twoje spotkanie lub prezentację, lubili cię; chęć stania się kolejnym Apple, Twitterem lub Starbucksem. Takie nastawienie leży u samych korzeni lęku, ponieważ kiedy konstruujemy naszą listę życzeń, obawiamy się jednocześnie, że może się nie spełnić. Podejmujemy zatem wysiłek, aby marzenie spełniło się. Oczywiście wcale nie musi tak się stać.

Z każdego punktu w życiu odchodzi milion możliwych ścieżek, a przez to uwieszenie się tylko jednej z nich trąci lekkim szaleństwem. Co takiego złego znowu w pozostałych 999999? Czy świat się załamie, jeśli właśnie ten jeden wynik nie zmieni się ze snu w rzeczywistość? Nie. Zawsze, niezależnie od tego, jak się potoczy los, mamy możliwość wyjść z tego z obroną ręką.

Poważnie. Będziesz w porządku nawet jeśli cel, który sobie postawiłeś lub postawiłaś, nie spełni się.

Zatem kiedy lęk wisi nad nami jak czarne chmury, to warto wtedy spojrzeć, czy nie jest to związane z tym, że przywiązaliśmy się bardzo do czegoś niepewnego, do oczekiwań związanych z tym, aby osiągnąć konkretny, sztywny, ustalony z góry rezultat. Jeśli pozwolimy sobie nie być uwiązanym do takiego rodzaju przywiązania, nauczymy się jednocześnie nie przywiązywać do lęku, które ono niesie.

W związku z tym zaleta nr 1 brzmi: odczuwamy mniej lęku. Co dzieje się, kiedy czujesz mniej lęku? Cóż, jesteś szczęśliwszy lub szczęśliwsza. Masz więcej psychicznej przestrzeni, aby czuć się zadowolonym czy zadowoloną, kiedy spotykasz się z klientami lub pracownikami. Każdy z nich odczuwa twój stan psychiczny. Czują, kiedy jesteś na przyjaznej stopie z tym, co właśnie się wydarza. Nie jesteś tak zdesperowany, zdesperowana. Nie potrzebujesz, aby coś potoczyło się tak czy tak – twoje życie przestaje wisić na włosku tej jednej transakcji. Robisz, co tylko się da, aby doszła do skutku, ale jesteś w stanie godnie przyjąć także to, że nie zawsze tak się zdarza.

Inni kładą wszystko na jedną kartę, byle tylko jeden jedyny cel się ziścił – ale co, kiedy tak się nie stanie? Stracili wszystko, nie posiadając nawet żadnego wyraźnego kierunku w życiu na wypadek, kiedy podejmowane przedsięwzięcie nie spełnia oczekiwań.

Oto więc zaleta #2: nie jesteśmy tak przywiązani do jednego zakładu w życiowym kasynie. To coś, o co bardzo łatwo się potknąć, dość słaby przepis na życie. Zamiast tego płyniemy na fali tego, co się wydarza, niezależnie co się stanie, zatem jeśli jakiś wynik spotkania, projektu, przedsięwzięcia nie wypali – jesteśmy z tym OK. Coś może się nie udać, ale nic, co się wydarza, nie łamie nas jako ludzi.

Kolejnym problemem jest to, że właśnie ci ludzie, którzy myślą, że wiedzą, jaki sprawy przyjmą obrót… oszukują samych siebie. Nikt tego tak naprawdę nie wie.

Oto zaleta #3: jesteśmy bardziej szczerzy lub szczere wobec siebie. Przyznanie przed samym sobą, że nie wiemy, jest zdecydowanie bardziej uczciwe niż myślenie czy posiadanie nawet nadziei, że będzie dokładnie, konkretnie tak. Uczciwość jest istotna, ponieważ jeśli mamy już działać, to powinniśmy robić to z szeroko otwartymi oczami i posiadając jasny ogląd sytuacji.

Uczciwość wobec klientów, czytelników, nabywców naszych produktów czy usług, pracowników też jest ważna. Przyznaj szczerze, że czegoś nie wiesz. Bardziej ci zaufają, gdyż nie tylko przyznajesz właśnie to, ale jasnym dla nich jest, że jesteś z tym na przyjaznej stopie. Nie wiesz, jaki obrót przyjmą sprawy, ale czemukolwiek przyjdzie stawić czoła, zrobisz to. To potężny przekaz.

To tylko kilka plusów, ale nie znaczy to, że wymieniłem już wszystkie. Nie musisz planować z góry wszystkiego, ponieważ niewiedza równa się zdaniu sobie sprawy, że szczegółowe plany są bezużyteczne i w rzeczy samej stratą energii. Spędzasz mniej czasu martwiając się, więcej czasu działając. Nie jesteś pożarty przez potworny strach, że robisz coś nie tak, ponieważ uczysz się po drodze, że nie ma czegoś takiego, jak idealny „właściwy krok” – ani ogólnie dla twego przedsiębiorstwa, ani konkretnie tu i teraz.

Jak kroczyć Śc ieżką Niewiedzy

Śc ieżka Niewiedzy przedsiębiorcy rodzi lęk, ale szczerze mówiąc jaka droga życia jest od niego wolna?

Oto jak nią kroczyć:

  1. Przyznaj przed sobą, że nie wiesz. To oczywiście najpierwszy krok, ale też i trudny, ponieważ często chcemy uważać, że wiemy lub co najmniej że możemy sprawić, aby właśnie ta lub ta rzecz doszła do skutku. Wydaje nam się, że sama nasza wola i działanie to pewnik nagięcia świata właśnie w wymarzonym kierunku. To nieprawda. Wiele inicjatyw potrafi lec w gruzach mimo herkulesowych wysiłków mających temu przeciwdziałać. Nie mamy przyszłości pod kontrolą, nie jesteśmy jej w stanie poznać. Nie wiemy. Przyznaj to przed sobą i przed innymi.
  2. Miej czuwanie na lęk. Kiedy zaczynasz czuć lęk (a to zdarza się u każdego, nieraz wielokroć dzień w dzień), spojrzyj do wnętrza, aby odnaleźć przyczynę. Czego oczekujesz, że tak się boisz innego skutku? Taka uważność jest kluczem do wszystkiego.
  3. Zapewnij się, że będziesz z tym OK. Uświadamiasz sobie przywiązanie do określonego rezultatu… Zobacz teraz, czy możesz znaleźć w sobie przestrzeń, w której jesteś w stanie autentycznie powiedzieć sobie, że to nie ma takiego znaczenia, jeśli wydarzy się właśnie ta jedna rzecz. Naprawdę tak jest, nawet jeśli zaczęliśmy już żyć tą skonstruowaną przez nas przedwczesną historią, wedle której wszystko wisi na jednym rezultacie, na z góry sprecyzowanym wyniku naszych działań. To się nie liczy, a cokolwiek się zdarzy – jesteśmy w stanie to przyjąć. Autentyczne sytuacje życia i śmierci są prawdopodobnie jedynym wyjątkiem od tej reguły, choć myślę, że nawet śmierć jest dla mnie czymś, co jestem w stanie przyjąć.
  4. Rozwaiż najgorsze scenariusze. Co najbardziej katastroficznego może się wydarzyć? Ktoś cię nie polubi, nie będzie darzyć cię tak wysoką estymą, spotkanie skończy się darciem kota, transakcja nie dojdzie do skutku, przedsiębiorstwo nie zarobi na siebie. Jak zły jest najczarniejszy scenariusz? Jak prawdopodobne jest, że pójdzie właśnie tak? Jak byś sobie radził lub radziła, jeśli los postawiłby cię przed czymś takim? Szczerze mówiąc sądzę, że niezależnie od toku wydarzeń jesteś w stanie unieść bardzo wiele.
  5. Znaj swe zasady. Poświęć trochę czasu, aby pomyśleć, co takiego kieruje cię w życiu, kiedy już przestaje twoim działaniem kierować tęsknota za wąsko pojętym celem. Jeśli nie jesteś przywiązany lub przywiązana do jakiegoś rezultatu, sztywnej wizji firmy lub przyszłości, jakiej i tak nie masz we władzy – co wówczas pozostaje, co by kierowało twoim życiem. Zrób krok do wewnątrz i zastanow się. Co jest dla ciebie istotne? Dlaczego robisz to, co robisz? Przykładowo, niektóre z zasad, jakie dla mnie są ważne, to chęć pomocy innym, działania pełnego współodczuwania i troski, robienia tego, co kocham, oraz kształtowania dzięki tym działaniom zaufania innych dla mnie.
  6. Działaj wedle zasad, nie celów i szczegółowych planów. Jak tylko będziesz mieć w zasięgu świadomości jasne zasady życiowe, daj się im prowadzić dzień w dzień, z chwili na chwilę. Nie wiesz, jak potoczy się coś, kiedy dołożysz tam swoje 3 grosze, ale jesteś zawsze w stanie wiedzieć, czy dane działanie jest w zgodzie z twymi zasadami.
  7. Oddychaj i uśmiechaj się. Koniec końców niewiedza może być straszna, ale i dogłębnie uwalniająca. Płyniesz w samym środku wzburzonego morza, dryfujesz na powierzchni bez wiedzy o tym, jaki będzie skutek czegokolwiek. To niezmienna prawda, nawet w przypadku ludzi, którzy nie chcą tego przed sobą przyznać. Zatem ciesz się podróżą. Spojrzyj na zadziwiające miejsce, w jakim się znajdujesz, i uśmiechnij się. Ponieważ ścieżka niewiedzy… jest w istocie ścieżką samego życia.

„Jeśli zdasz sobie sprawę z tego, że wszystko się zmienia, nie pozostanie już nic, czego będziesz próbować się kurczowo trzymać. Jeśli nie boisz się śmierci, nie ma niczego, czego nie jesteś w stanie się podjąć.” ~Laozi

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Sześć zasad randkowania, o których warto zapomnieć

Sześć zasad randkowania, o których warto zapomnieć

Przetłumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Jeśli chodzi o uwodzenie i chodzenie na randki, to wiekowe rady zachęcają, aby działać wedle pewnych „zasad”, przynajmniej do czasu, kiedy ryba nie będzie na haczyku.

Zasady te mają być przepisem na odnalezienie zaangażowanej, prawdziwej i romantycznej bliskości, ale jedyne czego dostarczają niezmiennie od warunków, to wykoślawionych wyrazów miłości. Wedle mojego doświadczenia w pracy z parami i pojedynczymi osobami, wiele osób wierzy, że jeśli będą dobrze grać w tę grę, to nagrodą za nią będzie wymarzony książę lub księżniczka. Ale jako że granie z konieczności przekłada się na ukrywanie swojego prawdziwego ja, zasady te nie są w stanie budować szczerej więzi, na której buduje się prawdziwą miłość.

Zamiast tego przyjmowanie fałszywych postaw podczas randkowania nieuchronnie prowadzi do jednego z dwóch niechcianych efektów: albo ostatecznie prynęta okazuje się złudzeniem i jedna strona czuje się zrobiona w konia, albo jedna osoba nigdy nie zrzuca maski i nigdy nie daje się naprawdę poznać, trwając w związku, w którym nie może być sobą.

Zasada trzech randek

Często słyszy się, że ktoś powinien poczekać jakiś ustalony z góry czas (przykładowo trzy randki) przed rozpoczęciem relacji seksualnych z kimś. Jest z tym pewien problem: intymność emocjonalna nie jest koniecznie osiągana w trzy randki. Żaden arbitralnie ustalony przedział czasu nie pociąga za sobą rzeczy, które naprawdę pomagają tworzyć seks przyjemny dla kobiety i mężzyzny. Aby seks niósł przyjemność i bezpieczeństwo, wielu osób musi czuć jakąś dozę zaufania i emocjonalnej bliskości. Dla niektórych dzieje się to szybko, innym zajmuje wiele więcej czasu. Oceniaj każdą randkę lub nowopoznaną osobę przez pryzmat jej wyjątkowości. Zamiast trzymać się rygorystycznych zasad, zastanow się chwilę, przystopuj i zobacz, jak się czujesz w jego lub jej obecności: czy interesuje go lub ją więcej niż jeden poziom? Czy zadaje pytania na twój temat i słucha odpowiedzi? Czy możesz mówić otwarcie na temat tego, jak by to było rozpocząć relacje seksualne, czy jest to źródłem ogromnego lęku i zażenowania? Sprawdź, dokąd prowadzą te ścieżki, zamiast działać pod wezwaniem zasady trzech randek.

Graj trudnego / trudną do zdobycia

Często słyszymy: nie bądź pierwszą osobą, która zadzwoni, powie „kocham cię” lub okaże jakiekolwiek potrzeby emocjonalne. I czekaj przynajmniej trzy dni po ostatnim kontakcie itd. Celem takich zasad jest chronienie się i nie wystawianie się na możliwe odrzucenie. Problem jest taki, że partnerstwo i miłość są zbudowane na fundamencie, którego częścią jest otwartość na potencjalne zranienie. Jeśli chcesz zadzwonić lub wysłać smsa po fajnej randce lub spotkawszy kogoś nowego, ale ciągle powstrzymujesz się, ponieważ jest „zbyt wcześnie”, to zamykasz się na spontaniczne wyrazy bliskości. Granice są ważne, zwłaszcza kiedy spotyka się kogoś po raz pierwszy, ale jeśli tłamsisz każdy impuls do odkrycia swych uczuć przed osobą, z którą się umawiasz, to nigdy nie nauczysz się tworzyć bliskości. Jeśli twoja szczerość spotka się z odrzuceniem, postaraj się nie brać tego jako obrazy – to może być trudne, zwłaszcza dla niektórych z nas, ale postaraj się dostrzec podstawową wartość bycia przede wszystkim sobą. Bycie sobą tratuje wszelkie gierki i pozwala poznać, jaki jest charakter waszej relacji.

Nie wspominaj o byłym/byłej!

Z jednej strony jasne – nie chcesz, aby twój były chłopak lub mąż był głównym tematem rozmów podczas poznawania nowej osoby. Z drugiej strony jeśli masz za sobą małżeństwo lub długotrwały związek, to jest to prawie niemożliwe, aby pozostać prawdziwym czy prawdziwą sobą i zarazem nie wspomnieć o tym. To ok powiedzieć, co się naprawdę dzieje w twym życiu – postaraj się tylko, by nie przerościło się to w ciągłą krytykę lub wyzywanie twego poprzedniego partnera lub partnerki.

Bądź na luzie i dużo heheszkuj

Ta zasada tyczy się bardziej kobiet niż mężcyzn, doświadczających presji ze strony kulturowych oczekiwań. Dziewczęta i kobiety są często uczone, aby być lekko dziecinne, jako że potrafi to zwrócić uwagę mężcyzn. A chłopcy i mężzyźni widzą, jak przez kulturowy kanał płynie rzeka zdziecinniałych blondynek prezentowanych jako przedmiot pożądania. Wszystko to przyczynia się do obniżenia poziomu obu płci. Aby on chciał spędzać z nią więcej czasu, ona ma poczucie, że powinna działać lekko i powierzchownie. Jeśli nie jest to twój prawdziwy nastrój – lub jeśli twoja prawdziwa osobowość jest poważniejsza – wówczas partner lub partnerka nigdy nie pozna, kim jesteś. Jeśli musisz obniżyć swoje IQ o 20 punktów, aby wejść w czyśeś towarzystwo, to w jaki sposób odnajdziesz prawdziwego partnera dla prawdziwej siebie? Owe przykazanie pomija także to, jak bardzo mężzyźni cenią kobiety, które są w stanie w pełni i głęboko angażować się w życie. W rzeczywistości bowiem wielu mężcyzn nastawionych długoterminowo mówi, że woli, aby ich drugie połowy miały własne zdanie, własne życie i poważnie o nim myślało.

Bądź tajemniczy / tajemnicza

Niektórzy mężzyźni przyjmują niezaangażowaną, wywyższającą się postawę, aby trzymać kobietę na wodzy. Dla niektórych kobiet to jak narkotyk, a kieruje nimi nadzieja, że zdobyą jego serce i otworzą je właśnie dla nich. Niestety, rzadko to się zdarza, jako że taki mężczyzna (z indywidualnych powodów) nie czuje się wygodnie otwierając się w pełni i dając się poznać jako człowiek. Cała ta otoczka to niosąca rozpacz powierzchowność, a związek zatrzymuje się na pierwszym biegu.

Nie pozwól poznać się od szalonej strony

Wiele osób z którymi rozmawiałam jest przerażonych wizją tego, że osoba na ich celowniku może odkryć, że mają „problemy”. Przyrzekają sobie, by nie pisnąć ni słowem o swej dysfunkcyjnej rodzinie, lekach od psychiatry lub problemach z nastrojem. Prawda jest taka, że jeśli jesteś niestabilny lub niestabilna emocjonalnie – cierpisz na ostrą depresję, poważne huśtawki nastroju lub niszczące ataki paniki czy lęku – to może to nie być dobry czas na randki. Będziesz wiedzieć, że czas nastał, kiedy będziesz w stanie otworzyć się na to, przez co przechodzisz, w rozważny sposób – „Zmagam się z depresją, ale terapia jest bardzo pomocna” lub „Musiałem/musiałam radzić sobie z lękiem i jestem teraz w lepszym stanie”. Ostatecznie będziesz najpewniej chcieć takiego partnera lub partnerkę, która będzie w stanie zrozumieć różne emocjonalne trudności i która nie skreśli cię z listy temu, że otrzymujesz pomoc z zewnątrz lub zmagasz się z jakimś wydarzeniem życiowym.

Miej granice, będąc jednocześnie autentyczny lub autentyczna.

Posiadanie granic jest ważne, aby nie odsłaniać więcej niż tyle, na ile jest to dla ciebie komfortowe. Mając to na uwadze, otworzenie się i poznanie kogoś wymaga trochę cierpliwości. Oceniaj każdą nową osobę jako oddzielną, unikatną postać i zachowaj więź z tym, jak się czujesz w obecności tej osoby. Potrzebujesz kogoś, wobec kogo możesz odkryć swoje prawdziwe ja, a nie tylko ułamek – i tylko ty jesteś osobą, która może wprowadzić to prawdziwe ja na scenę.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Nie gram w to

Nie gram w to

Przełumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Kiedy moja najmłodsza córka Noelle staje przed wyzwaniem, jaką stawia jej czasem jedna z jej starszych sióstr, aby wzięła udział czymś, w co wie, że nie wygra, odpowiada „Nie gram w to”.

Myślałem o tym wczoraj, kiedy chodziłem po mieście, pełnym reklam i sklepów, pełnym ludzi kupujących rzeczy.

Gra się nami w grę. Przemysł reklamowy – oraz korporacje, które sprzedają nam za pomocą reklam przedmioty – znalazł niezliczone ilości sposobów, aby nas ograć… i wygrywa.

Każda zapowiedź filmu wyświetlona przed główną projekcją jest reklamą, której oczekują ludzie, chętnie dodając ów produkt (film) do ich psychicznych kolejek rzeczy do obejrzenia w przyszłości. Bez znaczenia, jak ten film jest pusty, bez znaczenia, jak wiele razy widzieliśmy go dotychczas w różnych formach.

Każdego razu, kiedy Apple wydaje nowy produkt (nowy Air! OSX Lion! nowy iPad i iPhone!), niecierpliwie mamy ochotę położyć na nich swoje ręce, z gotowością czekając w kolejce na okazję, aby zapłacić częścią naszego życia – czasu spędzonego zarabiając pieniądze, które sprostają cenie produktu.

Mógłbym tak wymieniać cały dzień i w istocie każdy z nas gra cały dzień w tę grę.

Lub zamiast tego możemy zwyczajnie odpowiedzieć „Nie gram w tę grę”. Ponieważ szczerze mówiąc nie ma sposobu na to, abyśmy mogli ją wygrać.

Nie musimy wierzyć, że Apple czyni nasze życie lepszym, bardziej cool, piękniejszym. Nie musimy oglądać filmów z Harrym Potterem (ostatni był dość kiepski) lub każdego ukazującego się hitu. Nie musimy wierzyć, że Victoria’s Secret i H&M uczynią nas bardziej sexy lub że potrzebujemy SlimFastu i herbatek odchudzających, aby być szczuplejszym lub szczuplejszą, że potrzebujemy dizajnerskich wód lub kawy ze Starbucksa lub Marsów dla zdrowia i krzepy, lub że potrzebujemy Lecha i Tyskiego do zabawy (i wyrywania dziewczyn).

Nie musimy w to grać. Zamiast tego żyjmy: wszystko niezbędne do tego jest tak czy inaczej prawie za darmo.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Uwalnianie się od sztucznych potrzeb

Uwalnianie się od sztucznych potrzeb

Przetłumaczyła Patrycja Kwiatkowska
Źródło link

Nasze życie pełne jest rzeczy, które musimy zrobić. A przynajmniej do momentu, w którym nie przyjrzymy się tym potrzebom bliżej.

Zastanow się, jakiego typu są to potrzeby: konieczność sprawdzania swojego maila co 15 minut, opróżniania skrzynki odbiorczej, czy też czytania wszystkich swoich wpisów, albo może utrzymywania czegoś w idealnym porządku i oczywiście ubierania się do pracy według najnowszych trendów w modzie, konieczność ciągłego wypytywania swoich dzieci o wszystko, kontrolowania swoich współpracowników lub też spotykania się z kimkolwiek, kto tego spotkania chce, albo stawania się bogatszym i bogatszym i może jeszcze posiadania ładnego auta.

Tu rodzi się pytanie: skąd one wszystkie pochodzą? Otóż, zdziwię cię – są kompletnie zmyślone!

Czasem nasze sztuczne potrzeby kreuje społeczeństwo: przemysł, którego jesteś częścią, wymaga od ciebie pracy od świtu do nocy i nieskazitelnego wyglądu. Zamieszkiwana przez ciebie okolica również ma pewne standardy i jeśli nie masz nienagannie przystrzyżonego trawnika i auta prosto z salonu, zostaniesz odpowiednio oceniony. Jeśli nie masz najnowszego iPhone’a – współczesnego symbolu statusu społecznego – będziesz zazdrosny o tych, którzy go mają.

Czasem te potrzeby wykreowane są przez nas samych: czujemy potrzebę ciągłego sprawdzania e-maili, RSS-u, portali informacyjnych, wiadomości tekstowych na telefonie, czy Twittera, nawet jeśli zaniedbanie tego nie spowoduje żadnych negatywnych społecznych czy zawodowych konsekwencji. Chcemy idealnie pościelonego łóżka, nawet jeśli nikt inny o to nie dba. Chcemy sobie tworzyć listę rzeczy do wykonania w ciągu całego życia, bądź w ciągu roku i spełnić absolutnie każdy punkt, nawet jeśli nic złego nie miałoby się stać, gdybyśmy nie zrobili większości z tych rzeczy.

Każda z wyssanych z palca potrzeb może zostać zlikwidowana. Wszystko czego do tego naprawdę potrzebujesz to CHCIEĆ.

Przyjrzyj się dokładnie jednej z twych wymyślonych potrzeb i zapytaj samą/samego siebie, dlaczego jest dla ciebie taka ważna. Zastanow się, co by się stało, gdybyś ją sobie odpuścił(a). Czy w związku z tym stałoby się coś dobrego? Czy nie miał(a)byś więcej wolnego czasu i przestrzeni na koncentrację i tworzenie, a za to mniej stresu i mniej rzeczy do zrobienia każdego dnia? Czy wydarzy się lub czy mogłoby się wydarzyć coś złego? Jak bardzo jest to prawdopodobne? Jak mogłabyś/mógłbyś się temu przeciwstawić?

Wszystkie te konieczności są efektem strachu i im bardziej jesteśmy ze sobą szczerzy, tym lepiej dla nas. Stań twarzą w twarz ze swoimi lękami i wyznacz sobie okres próbny – pozwól sobie odrzucić jakąś potrzebę, ale tylko na godzinę lub dzień. Najwyżej tydzień. Jeśli nie stanie się nic złego, wydłuż ten okres próbny i w ten sposób, powolutku, uświadomisz sobie, że owa „potrzeba” wcale nią nie była!

Bardzo możliwe, że sprawi ci to przyjemność, bo pozbywając się swych sztucznych potrzeb, przywracasz sobie wolność.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Nie śledź: pożegnanie się ze stresem pomiarów

Nie śledź: pożegnanie się ze stresem pomiarów

Przetłumaczył: Bartosz Kleszcz
Źródło: link

Nie możesz zarządzać tym, czego nie mierzysz. ~odwieczna zasada zarządzania
Nie możesz zarządzać bez przyjemności. ~ja

Jest kilka starych zasad w zarządzaniu, które płyną niczym rzeka przez nasze społeczeństwo, mających dostarczyć energii w pracy i życiu osobistym: „Nie jesteś w stanie wpływać na coś, czego nie zmierzysz” czy „Jesteś tym, na co wskazują liczby” czy „Otrzymujesz to, co mierzyłeś”.

Wpadłem w to samemu. W różnych okresach życia spisywałem cykle ćwiczeń, przebiegnięte kilometry, wszystko, co trafiło mi do żołądka, każde ukończone zadanie, postęp w kierunku osiąganych celów, wagę, procent tłuszczu w organizmie, ile dni w miesiącu realizowałem jakiś nawyk, ilość spisanych słów każdego dnia, przeczytane książki, wydatki, dochody, długi, odwiedziny na stronie, kliknięcia w reklamy, na tweeterze, śledzących to, co piszę i tak dalej, i tak dalej. Czasem śledziłem kilka z nich w tym samym czasie.

Nie tkwię w tym samotnie – są ludzie, którzy gromadzą najdokładniejsze detale ich życia, od uderzeń serca przez ilość kroków do przespanych godzin (oraz jak wysoka była jakość tego snu) i wysłanych maili. Jako całe społeczeństwo, śledzimy i mierzymy więcej niż kiedykolwiek.

Co leży u podstaw takiego zachowania? Czy to prawda? I czy to konieczność?

Teoria u podstaw mierzenia

Póki nie zmierzysz czegoś, nie masz pojęcia, czy rzeczy mają się ku lepszemu czy gorszemu. Nie możesz kierować się w stronę poprawy, jeśli nie masz liczb, by zobaczyć, co się zmienia i w którą stronę.

I do pewnego stopnia to prawda.

Jeśli zmierzysz, ile godzin spędzasz na pisaniu, to bardzo możliwe, że przybędzie ich z czasem, zwyczajnie temu, że regularnie mierząc to stajesz się bardziej świadomy lub świadoma tego, bardziej skupiony, bardziej zmotywowana, by tę liczbę podbijać. Jeśli mierzysz przebiegnięte kilometry – z dużą dozą prawdopodobieństwa będziesz stawać się coraz lepszy lub lepsza (pod warunkiem, że nie doznasz kontuzji lub się nie wypalisz).

Ale jak zmierzysz ilość wzniesień pokonanych podczas pogoni za kilometrami, ilość nagłych przypływów energii, kiedy szaleńczo biegłeś czy biegłaś albo przyjemność z mijanych widoków? Jak zmierzysz świetne rozmowy z żoną podczas wspólnego sprintu? Jak pomierzysz wszystkie pomysły, jakie strzeliły do głowy podczas przebierania nóg, korzyści zdrowotne uprawiania sportu, nowo odkryte miejsca? Można by chcieć to wszystko prześledzić, ale wtedy zapisywałoby się 20 różnych rzeczy zamiast samych kilometrów.

Tak samo z pracą – możesz mierzyć swoją produktywność na skali od 1 do 10, ale czy to zmierzy związki, jakie nawiązałeś lub nawiązałaś z czytelnikami czy klientami, przyjemność podczas wykonywania pracy, lekcje wyciągnięte z porażek tudzież czystą radość z czynienia czyjegoś życia lepszym? Śmiało, spróbuj to zmierzyć.

Kiedy angażujesz się w śledzenie godzin, złotych, kilometrów, mówisz domyślnie, że są wiele bardziej istotne niż to wszystko, czego zmierzyć się nie da. Stawiasz to z samego przodu głowy jako coś, co trzeba poprawić, kosztem wszystkiego innego. A co z kontaktami z ludźmi i radością? Czy te są mniej ważne?

Wówczas dochodzą jeszcze inne problemy ze śledzeniem i mierzeniem wszystkiego:

  • Mierzenie i śledzenie zabiera czas – to wartościowy czas, który mogłeś lub mogłaś spędzić działając i żyjąc.
  • Tworzy to nastawienie, że zawsze musimy stawać się lepszymi, zawsze mierzyć, zawsze czymś zarządzać, zawsze starać się o coś lepszego, jeszcze lepszego, jak najlepszego. A co z uczeniem się bycia szczęśliwym, szczęśliwą z samym sobą? Co ze skupieniem się na radości, współodczuwaniu, kochanych ludziach? Kiedy polepszanie siebie znajduje swą metę? Czy kiedykolwiek jesteśmy usatysfakcjonowani? I czy to jest ten sens życia – ciągle się poprawiać, ciągle robić coś lepiej i nigdy nie być szczęśliwym z tego, gdzie aktualnie się znajdujemy?
  • To stres tak mierzyć, śledzić kupę rzeczy i rozczarowanie, kiedy liczby nie skaczą do góry lub nie tak wysoko, jak mieliśmy nadzieję.
  • Trzeba wybrać, co mierzyć, a jak będziemy wiedzieć, czy wybieramy tę właściwą rzecz? Czemu jest to jedyna rzecz, która się liczy? To zawężające spojrzenie na życie.
  • Szczęścia od tego nie przybywa. Nie czyni to nas zadowolonymi. Nie utrzymuje to nas w tu i teraz.

Mógłbym tak wyliczać. Pomiar i śledzenie to narzędzia, nie ma nic złego w używaniu ich. Sam oczywiście korzystałem z nich wielokroć i wciąż polecam je większości ludzi. Po prostu myślę, że powinniśmy rozważyć, czy są alternatywy, kwestionować dogmaty i eksperymentować, aby dowiedzieć się, co działa najlepiej dla nas.

Nie śledź: Inny sposób na pracę i życie

Więc jak pracować i żyć, jeśli nie śledzimy i nie mierzymy? Moja żona Ewa spytała mnie dziś o to, kiedy wyszliśmy pobiegać – naprawdę chce śledzić swój bieg (kilometry, czas, prędkość), aby zachować motywację i robić to dalej. Odpowiedziałem jej, że to nie jest konieczne.

Rzućmy okiem na przykład matki czy ojca – czy mierzymy wszystkie rzeczy, jakie robimy jako rodzic, aby utrzymać motywację do poprawiania się i dalszego działania? Czy mierzymy:

  • Ilość przytuleń
  • Czas poświęcony na czytanie dzieciom
  • Czas poświęcony na przygotowywanie im posiłków
  • Naprawianie ich zabawek
  • Zabieranie ich na plac zabaw lub do parku
  • Zabawę w berka
  • Pomoc w kąpieli lub ubieraniu się
  • Uczenie ich nowej umiejętności
  • Wspólne zbijanie bąków

I tak dalej. Nie, po prostu robimy to wszystko i jeszcze więcej. Dlaczego? Jak możliwe jest robić to wszystko bez motywacji wynikłej ze śledzenia?

To proste: robimy te rzeczy, ponieważ kochamy je robić i kochamy nasze dzieci.

Jesteśmy także zmotywowani do uczenia się czegoś więcej na temat bycia rodzicem, sprawdzania, czy coś, co już robimy, można by robić lepiej, nie z racji mierzenia i śledzenia, ale ponieważ kochamy bycie rodzicami i chcemy być w tym dobrzy. Nie trzeba nam żadnych śledzi.

A co z bieganiem? Czy nie jest możliwe biegać dla radości płynącej z tego? Czy nie jesteśmy do tego już zmotywowani z racji tego, że kochamy siebie samych? I kogo obchodzi, czy przebiegniemy więcej kilometrów czy nie? Jest to arbitralny cel, który tak naprawdę nie znaczy nic. Po prostu biegać, ponieważ to przyjemne, dla przyjemności kontaktu z naturą i świetnych widoków, dla prostej lecz bezgranicznej przyjemności rozmowy z kimś, kogo kochasz.

A co z pracą? Czy przestaniemy nagle robić wszystko, ponieważ nie jest mierzone? Moja odpowiedź brzmi nie.

Pracuję od jakiegoś czasu bez śledzenia czegokolwiek i – kto ma uszy niechaj słucha – moja praca idzie do przodu. Robię to, ponieważ daje mi to przyjemność. Robię to, ponieważ kocham moich czytelników, i robiłbym niezależnie od warunków, nawet jeśli jakiekolwiek liczby, za pomocą których chciałbym mierzyć swój progres, opadłyby do poziomu kanalizacji, a potem prosto do zaświatów. Oto czemu podejmuje się działanie, a nie ponieważ chcemy, aby liczby były lepsze. Liczby są pozbawione znaczenia, arbitralne, ograniczające, wąskie i bez serca.

Działaj dla miłości działania, dla miłości do innych. To niemierzalne i głęboko transformujące.


Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Najlepszy cel to brak celu

Najlepszy cel to brak celu

Przełumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Jeśli chodzi o przeszłość, to nie mam z nią nic wspólnego, nic też z przyszłością. Żyję teraz. ~Ralph Waldo Emerson

Idea konkretnych, osiągalnych celów wydaje się być głęboko zakorzeniona w naszej kulturze. Z całą pewnością żyłem wedle celów przez wiele lat i w istocie dużą część moich tekstów na Zen Habits poświęciłem temu, jak je sobie stawiać i osiągać.

Obecnie jednak żyję bez celów, przynajmniej na ogół. To totalnie wyzwalające i, wbrew temu, co wpojono wielu wam do głowy, absolutnie nie oznacza, że przestaje się cokolwiek osiągać.

Oznacza to zaprzestanie bycia ograniczonym przez cele.

Weź pod uwagę to powszechne powiedzenie: „Nigdy nie dojdziesz dokądkolwiek, chyba że wiesz, dokąd zmierzasz.” Wydaje się to być tak zdroworozsądkowe, jednak w tak oczywisty sposób nieprawdziwe, jeśli tylko pomyśli się nad tym dłużej. Przeprowadź prosty eksperyment: wyjdź na zewnątrz i idź w losowym kierunku i daj sobie wolność zmieniania kierunków wedle chęci. Po dwudziestu minutach, po godzinie… będziesz gdzieS! Po prostu nie wiedziałeś lub nie wiedziałaś, że droga wiodła cię właśnie tam.

W tym właśnie sęk: musisz otworzyć swój umysł, aby wybrać się w rejony, których nigdy nie oczekiwałeś lub nie oczekiwałaś. Bo jeśli żyjesz bez celów, będziesz wchodzić na nowe terytoria. Dotrzesz do zaskakujących miejsc. Oto piękno tej filozofii, ale także trudna przemiana.

Dziś żyję głównie bez celów. Od czasu do czasu przychodzą mi jakieś do głowy, ale pozwalam im przejść przez głowę i przeminąć. Życie bez celów nie było nigdy jakimś moim konkretnym celem do osiągnięcia… to tylko coś, o czym uczę się, że daje mi więcej przyjemności, że jest uwalniające i że działa dobrze ze stylem życia podążania za własnymi pasjami.

Problem z celami

W przeszłości ustalałem cel czy trzy na najbliższy rok, a następnie pod-cele na każdy miesiąc. Następnie ustalałem, co trzeba podjąć każdego tygodnia i każdego dnia, a potem próbowałem się skupiać w ciągu dnia na tych krokach.

Niestety, nie działa to nigdy tak ładnie. Każdy z was to wie. Macie świadomość, że musicie pracować na rzecz realizacji planu i próbujecie utrzymać cel końcowy w głowie, aby się tym motywować. Jednakowy krok może być czymś, czego się obawiasz, zatem odkuzdasz to na później. Robisz coś innego, sprawdzasz maile, Facebooka, obijasz się.

I tak oto twoje tygodniowe i miesięczne cele odchodzą na dalszy plan i rozmywają się, a ty zniechęcasz się, ponieważ nie trzymasz żadnej dyscypliny. A ustalone cele są zbyt trudne do osiągnięcia. Zatem co teraz? Cóż, dokonujesz przeglądu swoich celów i wciskasz reset. Tworzysz nowy zbiór pod-celów i planów działania. Wiesz, dokąd zmierzasz, ponieważ masz znow cele do osiągnięcia!

Oczywiście, nie docierasz do mety. Czasem osiągasz ją i wtedy czujesz się cudownie. Ale przez większość czasu nie i wówczas obwiniasz siebie za to.

Oto sekret mnicha: to nie ty jesteś problemem, to system. System życia oparty na osiąganiu celów to fundament porażki.

Nawet jeśli robisz wszystko wedle rozkładu, nie jest to idealna sytuacja. Oto czemu: jesteś ekstremalnie ograniczony w swoich działaniach. Kiedy nie czujesz się w sosie na coś, musisz zmuszać się do tego. Twoja droga jest ustalona, więc nie ma miejsca na odkrywanie nowości. Musisz realizować plan, nawet kiedy ciągnie cię w kierunku czegoś ekstra.

Niektóre systemy celów są bardziej elastyczne niż inne, ale nic nie jest tak elastycznego jak ich brak.

Jak to działa

Zatem jak wygląda życie bez celów? W praktyce wychodzi bardzo dużo różnic w stosunku do takiego opartego na nich.

Nie ustalasz niczego do osiągnięcia na rok, ani na miesiąc, ani na tydzień, ani na dzień. Nie popadasz w obsesję śledzenia lub konkretnych kroków do pojęcia. Nie potrzebujesz nawet listy rzeczy do zrobienia, chociaż spisanie paru przypomniaczy nie zaboli.

Więc co robisz? Wylegujesz się całymi dniami na kanapie, śpiąc i oglądając telewizję, zagryzając czipsami? No… zwyczajnie działasz. Znajdujesz coś, co jest źródłem twej pasji – i robisz to. Sam fakt, że nie masz celów, nie oznacza, że nie robisz niczego – możesz wymylać, możesz tworzyć, możesz iść za swoją pasją.

Takie podejście wprowadzone w życie to coś cudownego: budzisz się i robisz to, co cię kręci. Dla mnie to zazwyczaj blogowanie, ale równie dobrze może być to pisanie, czytanie książek, tworzenie warsztatów, poznawanie lub podtrzymywanie kontaktu ze świetnymi ludźmi czy spędzanie czasu z żoną albo zabawa z dziećmi. Nie ma ograniczeń, ponieważ jestem wolny.

Ostatecznie, osiągam zwykle więcej niż kiedy miałbym postawione cele, ponieważ zawsze robię coś, co mnie kręci. Ale czy dotrę do tego punktu czy nie – nie to jest ważne: wszystko, co się liczy (zawsze!) to czy robię to, co kocham.

Trafiam do miejsc, które są cudowne, zaskakujące, świetne. Nie wiedziałem tylko, że dotrę tam, kiedy wyruszałem w podróż.

Szybkie pytania

Pytanie od czytelnika: Czy nieposiadanie celów nie jest celem?

Szybka odpowiedź: Może być celem lub możesz nauczyć się tego podczas własnej podróży, wyprobowując nowych metod. Zawsze uczę się nowych rzeczy (jak nieposiadania celów) bez uprzedniego założenia, że to właśnie nich się nauczę.

Kolejne pytanie od czytelnika: Zatem jak zarabiasz na życie?

Odpowiedź: Własną pasją! Znow, nie posiadanie celów nie oznacza, że przestajesz działać. W istocie, robię wiele rzeczy cały czas, ale robię je, ponieważ kocham to.

Wskazówki do życia bez celów

Nie dam ci instrukcji obsługi życia bez celów – byłby to absurd. Nie mogę nauczyć cię, co robić – musisz znaleźć własną drogę.

Mogę jednak podzielić się paroma rzeczami, których się nauczyłem, w nadziei, że to pomoże ci:

  • Zacznij od czegoś niewielkiego. Nie ma potrzeby, byś radykalnie odwrócił czy odwróciła swoja życie do góry nogami. Starczy kilka godzin bez z góry określonych założeń czy działań. Podążaj w tym czasie za swoją pasją. Starczy nawet godzina.
  • Rozwijaj się. W miarę, jak będziesz stawać się lepszy czy lepsza, daj sobie przyzwolenie na bycie wolnym na dłuższy czas – poł dnia, cały dzień czy kilka dni. W reszcie poczujesz się na tyle pewny, pewna, aby odrzucić niektóre cele i po prostu robić to, co kochasz.
  • Nie tylko praca. Rezygnacja z celów działa w każdej dziedzinie życia. Weźmy zdrowie i kondycję: miewałem konkretne cele związane ze sprawnością fizyczną, od utraty wagi i spalenia tłuszczu przez przebiegnicie maratonu do zwiększenia ilości przysiadów. Nigdy więcej: teraz robię to tylko z tego powodu, kocham robić właśnie to, bez żadnej wiedzy o tym, dokąd mnie to zaprowadzi. Działa to rewelacyjnie, ponieważ zawsze niesie mi to przyjemność.
  • Zrezygnuj z planów. Plany nie różnią się jakoS szczególnie od celów. Ustawiają cię na ustalonej z góry ścieżce. Jednakowe strasznie trudno zrezygnować z planów na życie, zwłaszcza jeśli jesteś skrupulatnym strategiem jak ja. Zatem daj sobie przyzwolenie na planowanie, kiedy tego potrzebujesz, ale także powolutku, krok po kroku, pozwalaj temu przyzwyczajeniu odchodzić w niebyt.
  • Nie przejmuj się błędami. Jeśli zaczynasz stawiać sobie cele, to jest ok. W tej podróży nie ma złych decyzji – to po prostu doświadczenie, które niesie wiedzę. Jeśli żyjesz bez celów i kończysz to porażką, spytaj się, czy to naprawdę porażka. Nie udaje się tylko wtedy, kiedy nie docierasz tam, dokąd chciałeś lub chciałaś dotrzeć – ale jeśli nie masz konkretnego punktu docelowego na myśli, nie ma też złych wyborów.
  • Wszystko jest ok. Bez znaczenie, jaką drogą idziesz, bez znaczenia, gdzie trafisz – to coś pięknego. Nie ma niewłaściwej ścieżki, niewłaściwego miejsca dotarcia. Jest tylko coś odmiennego, a coś odmiennego jest czymś wspaniałym. Nie oceniaj, lecz doświadczaj.

I na koniec

Zawsze pamiętaj: podróż jest wszystkim. Punkt dotarcia nie jest celem.

Dobry podróżnik nie ma ustalonych szlaków, nie planuje też dokądkolwiek dotrzeć. ~Lao Tzu

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Najlepsza wskazówka w sprawie prokrastynacji w historii

Najlepsza wskazówka w sprawie prokrastynacji w historii

Przełumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Twoją pierwszą myślą, gdy spoglądasz na ten artykuł, będzie „Przeczytam to później.”

Ale nie. Pozwól minąć impulsowi, aby zwrócić się w kierunku czegoś nowego. Przeczytaj to teraz.

Zajmie ci to dwie minuty. Ocali ci to niezliczone godziny.

To niewiarygodnie prosta technika i tak jak wszystko wymaga odrobiny praktyki.

Wyprobuj ją teraz:

Zidentyfikuj najważniejszą rzecz, jaką masz na dziś do zrobienia.

Podejmij decyzję, aby wykonać jej pierwszą drobną część – pierwszą minutę lub nawet pierwsze trzydzieści sekund. Rozpoczęcie działania jest jedyną rzeczą na świecie, która się liczy.

Pozbądź się tego, co cię rozprasza. Wyłącz wszystko. Zamknij wszystkie programy. Powinieneś, powinnaś istnieć tylko ty i twoje zadanie.

Usiądź i skup się na rozpoczęciu. Nie na zrobieniu całości, po prostu na rozpoczęciu.

Zwracaj uwagę na paplaninę twego umysłu, jak zacznie wysyłać impulsy, aby zająć się czymś innym. Będziesz mieć chęć sprawdzić maila, Facebooka, Twittera lub swoją ulubianą stronę. Będziesz chciał lub chciała pograć w coś, zadzwonić lub przerzucić się na inne zadanie. Utrzymaj te impulsy w polu swej uwagi.

Nie ruszaj się jednak. Dostrzeż te impulsy, jednak siedz w bezruchu i pozwól im przepłynąć przez ciebie. Impulsy stopniowo się wzmagają, a następnie mijają – jak fala. Pozwól każdej z nich odpłynąć.

Zauważaj także, jak twój umysł będzie próbował znaleźć wymówki, aby nie robić postanowionej rzeczy. Pozwól przepłynąć także tym samousprawiedliwiającym się myślom.

Teraz zajmij się na sam początek jedną drobną rzeczą. Tak drobną, jak to tylko możliwe.

Rozpocznij, a reszta popłynie za tym.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Niespodziewane antidotum na prokrastynację

Niespodziewane antidotum na prokrastynację

Przetłumaczyła: Danuta Kowalska
Źródło: link

Wczesny ranek, piesza wycieczka po kalifornijskim Malibu. Udałem się na plażę, gdzie usiadłem na skale i obserwowałem surferów. Podziwiałem tych odważnych mężczyzn i kobiety, którzy wstają przed świtem. Wytrzymują lodowatą wodę, wiosłuję przez wzburzone fale, a nawet ryzykują atak rekina. Wszystko to po to, żeby, być może, przeżyć epicką przygodę.

Po jakimś kwadransie łatwo można było odróżnić surferów, dzięki ich stylowi surfowania, radzeniu sobie z deską, ich umiejętnościom i ich swawolności.

Jednak tym, co naprawdę mnie uderzyło, była jedna ich wspólna cecha. Bez względu na to, jak dobrzy byli, jak doświadczeni, jak powabni na fali, każdy surfer kończył swoją przejażdżkę w ten sam sposób: przez upadek.

Niektórych upadek bawił, podczas gdy inni desperacko usiłowali go uniknąć. I nie wszystkie upadki były błędami – niektórzy wpadali do wody tylko kiedy ich fala gasła, a przejażdżka kończyła się.

Najciekawszym wydało mi się, że jedyną różnicą pomiędzy błędem a wygaśnięciem fali był element zaskoczenia. We wszystkich przypadkach surferzy lądowali w wodzie. Nie ma innego sposobu na zakończenie przejażdżki.

Dało mi to do myślenia: co by było, gdybyśmy wszyscy żyli jak surferzy na fali?

Odpowiedzią, która wciąż wracała do mnie, było to, że częściej podejmowalibyśmy ryzyko.

Ta ciężka rozmowa z szefem (lub pracownikiem, czy też kolegą, partnerem, partnerką, małżonkiem, małżonką), której tak unikasz? Podjąłbyś ją.

To przedsięwzięcie (albo artykuł, książka, e-mail), które wciąż odkładasz? Wzięłabyś się za nie.

Ten nowy interes (albo produkt, strategia sprzedaży, inwestycja), który wciąż analizujesz? Zacząłbyś go rozwijać.

A kiedy upadniesz – bo jeśli podejmiesz ryzyko, upadniesz – znów wrócisz na deskę i będziesz wiosłować z powrotem na falę. To właśnie zrobił każdy z suferów.

Dlaczego więc nie żyjemy w ten sposób? Dlaczego nie zaakceptujemy upadku, nawet jeśli to porażka, jako części przejażdżki?

Ponieważ boimy się odczuwać.

Pomyśl o tym: we wszystkich tego typu sytuacjach nasz największy lęk wynika z obawy, że poczujemy coś nieprzyjemnego.

Co jeśli przeprowadzasz tę przerażającą rozmowę, której unikałeś bądź unikałaś, i związek się zakończy? Będzie bolało.

Co jeśli zrealizujesz koncepcję biznesową i stracisz pieniądze? Poczujesz się okropnie.

Co jeśli przedłożysz wniosek i zostaniesz odrzucony? Poczujesz się strasznie.

Co istotne często nasze obawy nie pomagają w uniknięciu takich uczuć, tylko zwyczajnie podporządkowują nas im na boleśnie długi czas. Odczuwamy, jak prokrastynujemy, frustrujemy się albo jak więżą nas relacje. Znam związki, które boleśnie ciągnęły się przez wiele lat tylko dlatego, że nikt nie chciał powiedzieć, że cesarz jest nagi. Podejmowanie ryzyka i upadek nie jest czymś, czego należy unikać. To coś, co trzeba doskonalić. Jak?

Poprzez doświadczenie.

Zdobywa się je podejmując ryzyko, dopuszczając do siebie różne uczucia, uświadamiając sobie, że cię to nie zabiło, a potem wraca się na deskę i wiosłuje z powrotem na falę.

Podejmij tę trudną rozmowę. Posłuchaj bez zaprzeczania, kiedy twój kolega cię krytykuje. Nazwij cesarza nagim. Zostań odrzucony, odrzucona.

Następnie poczuj to wszystko. Poczuj przewidywane ryzyko. Poczuj skurcz przed podjęciem ryzyka. Następnie, w trakcie jego podejmowania i potem, weź głęboki oddech i też to poczuj.

Oswoisz się z tego typu uczuciami i, wierz mi lub nie, polubisz je. Nawet te, o których myślisz jako o nieprzyjemnych. Dlatego właśnie, że odczuwanie jest tym, dzięki czemu wiesz, że żyjesz.

Znasz to uczucie, które nadchodzi, kiedy zrobi się lub powie coś niestosownego? Jak odwracasz się i niemal wykrzywiasz z zawstydzenia? Następnym razem, gdy tak się stanie, daj sobie chwilę, aby naprawdę to poczuć.

Kiedy to zrobisz, uświadomisz sobie, że nie jest to takie złe. Może przyznasz „Nie wiem, dlaczego to powiedziałem/powiedziałam” i przeprosisz. Potem może oboje zaśmiejecie się z tego. Albo rozpoczniesz konwersację, której unikałeś przez lata, świadomy lub świadoma tego, że musi się odbyć.

Wkrótce nie będziesz się bać niczego. Zaczniesz działać jak wszyscy ci odważni poranni surferzy. Obudzisz się przed świtem i zanurkujesz w te wszystkie przerażające konwersacje i kłopotliwe przedsięwzięcia. Podejmiesz ryzyko, które wcześniej cię przerażało.

A potem wstaniesz i zrobisz to znowu.


Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Jedyna rzecz, jaką możesz zmienić

Jedyna rzecz, jaką możesz zmienić

Przełumaczył Bartosz Kleszcz
Źródło link

Nie możesz zmienić całego swego życia.

Możesz tylko zmienić swoje następne działanie.

Nie możesz zmienić swojej relacji z kocha ną osobą.

Możesz zmienić tylko swoją następną interakcję.

Nie możesz zmienić całej swej pracy.

Możesz tylko zmienić swoje następne zadanie.

Nie możesz zmienić kształtu swego ciała.

Możesz zmienić tylko swój następny posiłek.

Nie możesz zmienić swojej kondycji.

Możesz tylko zacząć się ruszać.

Nie możesz wyspr zątać całego swego życia.

Możesz tylko zdecydować się wyrzucić jedną rzecz, właśnie teraz.

Nie możesz wyeliminować całego swego długu.

Możesz tylko zrobić jedną wpłatę lub kupić jedną niepotrzebną rzecz mniej.

Nie możesz zmienić przeszłości lub kontrolować przyszłości.

Możesz zmienić tylko to, co robisz właśnie teraz.

Nie możesz zmienić wszystkiego.

Możesz zmienić tylko jedną, drobną rzecz.

I to wszystko, czego potrzeba.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Pięć minut aby pokonać prokrastynację

Przetłumaczył Krzysztof Kryca
Źródło: psychologytoday.com

Jak poradzić sobie z prokrastynacją? Odpowiedź jest łatwiejsza niż ci się wydaje!

Ej, ty tam! Nie powinieneś przypadkiem przedłużyć ubezpieczenia samochodu, albo rozpakować się wreszcie po majówce? Wiem, że masz gary do pozmywania. Więc co do jasnej wydajności robisz siedząc teraz w Internecie?!

Mam dobre wieści, choć – zobaczmy czy jest to warte zachodu, zatem zapraszam do czytania.

Podczas prowadzenia przez wiele lat terapii poznawczo-behawioralnej zauważyłam, że ludzie utrudniają sobie życie na wiele sposobów, a prokrastynacja wyróżnia się wśród nich jako modus operandi (sposób działania) nieszczęśliwego życia. Odwlekamy z różnych powodów (lęk, perfekcjonizm, brak motywacji, wina, brak kompetencji), a niektórzy z nas wręcz obnoszą się z prokrastynacją jak z orderem. Oczywiście to nie zawsze jest coś złego, zwłaszcza kiedy dobrze pracujemy pod presją i potrafimy zawsze zakończyć ważne zadanie przed czasem.

Ale dla tych z nas, którzy chcieliby dokonać pewnego postępu w uciążliwych zadaniach, takiego który naprawdę mógłby spowodować, że poczujemy się lepiej, gdy zobaczymy wykonane zadanie w tylnym lusterku, proponuję stary behawioralny trik zwany zasadą pięciu minut. Na czym polega?

Podejmujesz się zadania, którego wykonanie sprawia ci problem i przysięgasz sobie, że popracujesz nad nim pięć minut i tylko pięć minut. Tak, musisz przestać po pięciu minutach. „Co mogę zrobić przez pięć minut?” zapytasz. I to jest właśnie gadka prokrastynatora, głos, który w tym momencie zrobi wszystko, żeby nie robić niczego, zamiast zrobić cokolwiek, żeby zrobić coś. Chcesz słuchać tego głosu? Nie chcesz. Więc zapytajmy jeszcze raz: co możesz zrobić przez pięć minut? Pięć minut więcej pracy to więcej niż zero minut dotychczas, i często najtrudniejsza część ze wszystkiego.

Zgadza się, największa magia zasady pięciu minut bierze się często z faktu, że dla ludzi owładniętych prokrastynacją najtrudniejsze jest zacząć cokolwiek. Jesteśmy przerażeni wielką, bezkształtną plamą zadania, tylko dlatego, że jest ono ogromne i źle zdefiniowane, oraz dlatego, że martwimy się, że zajmie dwie godziny, albo dwa dni zanim sobie z nim poradzimy. I dlatego tak to odkładamy. Nawet nie otwieramy koperty z rachunkiem, który powinniśmy negocjować, albo nie rozpinamy zamka torby podróżnej, którą trzeba rozpakować, czy też nie jesteśmy w stanie poświęcić dwóch minut na oszacowanie całego nawału pracy, jaki mamy do wykonania, poukładania go w kategorie i podzielenia na mniejsze części. Ale to są właśnie te małe otwarcia kopert i zamków, które w wielu wypadkach są największymi barierami psychologicznymi we wszystkim. Jeśli uda ci się je zwalczyć – a można to zrobić zaledwie w parę minut – a następnie zmusisz siebie do stopniowego progresu, twoja energia i rozmach po prostu eksplodują! Możesz nawet nie chcieć przestać. I – tu jest kolejny powód dlaczego ta zasada jest tak świetna – uczyni to bardziej prawdopodobnym powrót do tego zadania, kiedy poświęcisz na nie kolejne pięć minut (albo pozwolisz sobie na dziesięć, dwadzieścia) w następnym dniu.

Tak więc, powiedz sobie, że dasz radę przez pięć minut. Naprawdę dasz. Nie jest to tak przerażające jak cała godzina albo cała noc. Niezależnie czy jest to napisanie wstępnego akapitu albo tylko zamówienie książki, którą powinieneś przeczytać, pierwszy krok naprawdę otworzy worek z postępem na drodze realizacji celów.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Trudno ci zasnąć? Nic nie rób!


Problemy ze snem? Nic nie rób!

Przetłumaczył Paweł Dyberny
Źródło link

Czy przewracasz się w łóżku z boku na bok? Nie możesz (ponownie) zasnąć, niezależnie od tego, czego byś nie robił lub nie robiła?

Sam tego doświadczyłem i jedno jest jasne: bezsenność jest frustrująca.

Ma również zły wpływ na twoje zdrowie. Utrzymujący się deficyt snu wiąże się ze zwiększonym ryzykiem chorób serca, nerek, nadciśnienia, cukrzycy i zawału. Dodatkowo, w kontekście bezsenności, zaobserwowano również zmiany w pracy mózgu, problemy w podejmowaniu decyzji, trudności w rozwiązywaniu problemów, depresję, a nawet samobójstwa.

Niestety, wiele klasycznych strategii zapanowania nad bezsennością zdaje się nie być wystarczająco skutecznych. Prawdopodobnie sam doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Założę się, że nawet zdążyłeś lub zdążyłaś już wyprobować część z nich.

Nowe badania sugerują, że być może jest pewna ścieżka, która nie wiąże się z niczym, czego mógłbyś lub mogłabyś się spodziewać…

Kontrolowanie snu nie działa zbyt dobrze

Jednym z powodów, dla których próby rozwiązywania problemów ze snem nie są zbyt efektywne, jest to, że stanowią zaproszenie, byś był za bardzo zajęty – dokładnie wtedy, gdy nie powinieneś niczego robić. Co to oznacza? Pomyśl o tym w ten sposób…

Twoje ciało potrafi zapadać w sen. Powinno być w tym również cholernie dobre… miliony lat ewolucji robi swoje. Zejdź sobie sam z drogi, nie rób niczego, by się budzić i nagle: śpisz.

Jednak twój logiczny, trudniący się rozwiązywaniem problemów umysł liczy sobie zaledwie kilkaset tysięcy lat… z pewnością nie więcej niż kilka milionów. Wiemy o tym, gdyż nasi najbliżsi krewni nie posiadają symbolicznego języka – głównego elementu naszych procesów myślowych. Twój umysł z pewnością wie, jak rozwiązywać problemy… ale jest dość kiepski w układaniu cię do snu, bo nie ma wystarczająco dużo doświadczenia w nicnierobieniu.

Problem z większością istniejących psychologicznych interwencji wobec zaburzeń snu wiąże się z tym, że zapraszają cię do zbyt dużej aktywności.

Pozwól, że spytam w ten sposób. Jeśli jesteś na wpół senny, senna i angażujesz się w rozwiązanie problemu, niezależnie jakiego to, co wtedy następuje? Bingo. Przebudzasz się. Rozwiązywanie problemu przez twój mózg można porównać z puszczeniem się sprintem dookoła bloku. Mało prawdopodobne, że zachęci cię to do drzemki.

Zatem jaka jest pierwsza rzecz, którą robisz, gdy budzisz się w nocy i zaczynasz się zamartwiać? Próbujesz wybić sobie te zmartwienia z głowy lub przekonać sam czy samą siebie, że wcale nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Traktujesz swoje myśli jak problemy, które da się rozwiązać. Problem stanowi jednak to, że cała ta mentalna aktywność wybudza cię!

Społeczność skupiona wokół Terapii Akceptacji i Zaangażowania (ACT) ma ci do zaoferowania alternatywę: elastyczność psychologiczną. Ogólnie chodzi o to, by pozwalać swoim myślom i emocjom pojawiać się, a następnie łagodnie poświęcić się temu, co kieruje cię na rzeczy dla ciebie istotne. W przypadku snu, rzecz ma się w tym, by zauważać pokusę wejścia w tryb rozwiązywania problemów (np. odpychania od siebie zamartwień i tego, co cię niepokoi) i w to miejsce zająć się nicnierobieniem. Twoje ciało wie jak spać. Twój umysł? Niezbyt.

Badania wykazały, że brak elastyczności psychologicznej odgrywa kluczową rolę w problemach ze snem. Najnowsze badania pokazują także, że trening, który zwiększa poziom elastyczności psychologicznej, daje szansę zredukowania bezsenności u osób cierpiących z powodu przewlekłego bólu i chronicznego zmęczenia.

Jeśli zatem cierpisz na bezsenność, jaka konkluzja ci się nasuwa?

Akceptuj swoje doświadczenia

Spróbuj być bardziej elastyczny lub elastyczna psychologicznie. Oto kilka technik, z którymi możesz poeksperymentować:

  1. Jeśli nie jesteś w stanie spać, odpocznij. W wielu przypadkach sama próba skoncentrowania się na spaniu pozostawia cię na jawie. Pozwól sobie na zwykły odpoczynek, uprzejmie odrzucając zaproszenie swojego umysłu, by zmierzyć się z tym problemem. Zwiększasz wtedy swoje szanse na zasnięcie lub na powrót do snu w momencie, gdy zdążyłeś lub zdążyłaś się już wybudzić.
  2. Po prostu zauważaj. Zamartwienie się wstrzymuje twój sen? Zamiast bardziej się w to zagłębiać, po prostu zau waż ten proces. W chwili, gdy pojawiają się zmartwienia, wyobraź sobie, że są słowami zapisanymi na liściach spływających wraz z nurtem rzeki. Pojawiają się i znikają. Przyglądaj się temu jak bezstronny obserwator. I tyle wystarczy.
  3. Zaakceptuj swoje myśli i emocje związane z bezsennością. Nie mam tu na myśli rezygnacji z bezsenności. Bardziej chodzi mi po głowie to, byś towarzyszył lub towarzyszyła swoim reakcjom bez uczepiania się ich lub jakichkolwiek prób mających na celu manipulację. Zamiast je odrzucać, obejmij je jak dziecko. Następnie pozwól, by twoje ciało zajęło się tym, na czym zna się najlepiej.

Powyższe techniki są sprzeczne z tym, co podpowiada nam intuicja. To prawda, ale co masz do stracenia? Może jedynie niużyteczny czas na rozwiązywanie problemów?

Oto lepszy pomysł, który możesz zabrać ze sobą, kiedy następny raz będziesz układać się do snu. Wskocz do łóżka, zamknij oczy i nie rób kompletnie niczego.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Bibliografia

  1. https://www.nhlbi.nih.gov/health/health-topics/topics/sdd/why
  2. Currie SR, Wilson KG, Curran D. Clinical significance and predictors of treatment response to cognitive behavior therapy for insomnia secondary to chronic pain. J Behav Med 2002;25:135–53.
  3. Kato, T. (2016). Impact of psychological inflexibility on depressive symptoms and sleep difficulty in a Japanese sample. SpringerPlus, 5(1), 712.
  4. McCracken, Lance M., Jennifer L. Williams, and Nicole KY Tang. Psychological flexibility may reduce insomnia in persons with chronic pain: a preliminary retrospective study. Pain Medicine 12.6 (2011): 904–912.
  5. Kallestad, Håvard, et al. The role of insomnia in the treatment of chronic fatigue. Journal of psychosomatic research 78.5 (2015): 427–432.

Stopniowe podejście do zdrowego żywienia się

Przetłumaczył: Bartosz Kleszcz
Źródło: zenhabits.net

Wielu z nas próbowało na przestrzeni lat różnorodnych diet, nie osiągając ostatecznie zbyt dużego sukcesu. Mogę wyliczyć pięć lub sześć różnych diet z czasu, kiedy próbowałem stracić kilogramy, a na żadnej z nich nie zostałem na dłużej niż parę tygodni.

Dlaczego diety zawodzą

Dlaczego tak było? Oto kilka powodów:

  1. Próbujesz zmienić wiele za jednym razem. Nauczyć się nowych przepisów, znaleźć strategie radzenia sobie wśród znajomych, określić, co będziesz jeść podczas wyjść oraz co robić, kiedy wszystkie twoje tęsknoty i pragnienia zmaterializują się pod postacią czegoś bardzo kalorycznego. Tyle zmian za jednym razem jest pewną receptą na porażkę.
  2. Nagle robisz wielkie zmiany w swoim życiu. Jeśli przejdziesz z niezdrowego jedzenia do w pełni zdrowego w ciągu jednego dnia, to będzie to coś drastycznie innego i niepasującego do twoich zwykłych przyzwyczajeń. To trudna sprawa, ponieważ jeśli zmagasz się z czymś trudnym, prawdopodobnie nie wytrzymasz w tym dłużej niż kilka tygodni.
  3. Tak naprawdę nie lubisz tego, jak wygląda twoje życie na nowej diecie. Podoba ci się chudsza wizja siebie, ale sam nowy sposób odżywiania już nie i tęsknisz za starym jedzeniem. Czujesz się więc jak męczennik i jesteś gotów lub gotowa umierać za dietę tylko przez jakiś czas.

Zmagasz się zatem z dużą ilością przeciwnych tobie sił, a to tylko sam początek. Partner lub znajomi jedzący inaczej to wyzwanie, tak samo jak bycie otoczonym lub otoczoną przez niezdrowe rzeczy w domu lub pracy. Co możemy zrobić?

To, co działało dla mnie, to stopniowa zmiana. Spójrzmy najpierw na przyczyny, a potem na metody pracy.

Dlaczego stopniowa zmiana działa

Jeśli zrozumiesz powody, dla których ludzie doświadczają porażki, próbując przejść na zdrowy tryb życia, wówczas ujrzysz, dlaczego stopniowa zmiana jest lepszą opcją:

  1. Nie jest to tak przytłaczające na samym początku, jeśli zaczniesz od czegoś małego i będziesz się tej drobnej zmiany trzymać.
  2. Zmieniając rzeczy stopniowo, nie nakładasz na siebie tyle obowiązków, co przy jednym, wielkim kroku. Maleje przez to szansa na rzucenie wszystkiego w diabły w miarę upływu czasu, kiedy będziesz obciążony lub obciążona obowiązkami albo będziesz mieć na głowie inne rzeczy.
  3. Zmiana nie następuje nagle, więc nie jest tak trudna i szybciej zaczyna być normalną częścią dnia. Wychodzisz ze strefy komfortu, ale nie za bardzo.
  4. Nie czujesz się jak męczennik.

To całkiem dobre powody. Spróbujmy tego.

Jak przejść na zdrowy tryb

Zanim zaczniemy stopniowo iść do przodu, dobrze wiedzieć, dokąd właściwie zmierzamy. Nie będzie to konkretne miejsce, do którego dotrzemy, ponieważ ty i inne rzeczy będziecie się zmieniać z czasem, w tym smaki preferowane przez twoje podniebienie, ale spójrzmy na szeroki kontekst tego, dokąd zmierzamy.

Do mniej pomocnych podejść możemy zaliczyć perfekcyjnie zdrową dietę i zobowiązanie do przestrzegania jej w 100%. Przykładowo, jeśli z jakiegoś powodu uznamy, że powinniśmy jeść tylko czyste białko i warzywa, przez cały dzień każdego dnia, wówczas każde odejście od tej normy będzie brzmieć jak porażka. Prędzej czy później możesz odkryć, że to nie jest też zbyt rozkoszny sposób na życie, więc będziesz rozglądać się za alternatywami.

Zamiast tego przedstaw sobie życie zawierające zdrowe jedzenie, które serio ci smakuje, ale takie, w którym jest też miejsce na inne przyjemności. Dla jednej osoby może być to rano jakiś słodki wypiek z dodatkową porcją owoców, potem trochę zdrowsze rzeczy na obiad (białka, warzywa, brązowy ryż), może hummus i marchewki jako przekąska, potem trochę zielonej herbaty i martini wieczorem. To nie jest w 100% zdrowa dieta, ale brzmi świetnie i być może jest też czymś, co sprawi ci przyjemność.

Dla innej osoby czymś lepszym będzie coś słodkiego po południu lub duża latte rano albo frytki ze znajomymi na obiad kilka razy w tygodniu. Wszystkie te rzeczy są ok, kiedy prowadzisz zdrowy tryb życia, jeśli tylko większość pozostałych rzeczy jest dla twojego ciała korzystna. Chcesz mieć takie zdrowe życie, które jednocześnie jest przyjemne.

Następnie wybierz jedną zdrową zmianę i trzymaj się jej przez tydzień. Podziel się tym z kimś bliskim, niech pod koniec tygodnia cię zapyta, jak poszło, przyczep sobie kartkę do drzwi lodówki, zrób plan, rób cokolwiek możesz, aby ta mała zdrowa zmiana rzeczywiście zmieniła się w regularne działanie. Jeśli się uda, w kolejnym tygodniu wybierz nową drobną zmianę i powtarzaj ten proces w każdym tygodniu, w którym udało ci się je utrzymać.

Jakie zdrowe postanowienia możesz zacząć realizować? Lista może być nieskończona, ale oto kilka przykładów:

  • Jedz warzywa do obiadu każdego dnia.
  • Jedz owoce jako popołudniową przekąskę.
  • Zjedz owoc do śniadania.
  • Wypij wieczorem jeden kufel lub kieliszek mniej.
  • Zmniejsz cukier w kawie lub herbacie do minimum.
  • Jedz do obiadu coś pełnoziarnistego (np. brązowy ryż) zamiast ziemniaków.
  • Zrób sobie hummus lub jedz orzechy zamiast czipsów jako przekąski.
  • Jedz jagody lub truskawki zamiast słodyczy.
  • Naucz się nowego przepisu (zrób tyle jedzenia, aby mieć na jeden posiłek, a kolejnego dnia móc odgrzać resztę).
  • Jedz głównie w domu.
  • Jedz na śniadanie biały jogurt lub więcej warzyw.

Mam nadzieję, że jesteś już w stanie zobaczyć, jakiego rodzaju zmiana mogłaby to być. Jeśli powyższe ci się nie podobają, wymyśl własne! Jeśli wydają się być za trudne, uprość je.

Jedna drobna zmiana raz na jakiś czas oznacza dziesięć w przeciągu kilku miesięcy. Wszystkie one razem łączą się w jedną, rewelacyjną i dużą zmianę, która ma wyższą szansę, aby utrzymać się wiele dłużej.

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.

Najprostsza dieta dla szczupłej sylwetki

Najprostsza dieta dla szczupłej sylwetki

Przełumaczyła Joanna Dudek
Źródło link

Jestem teraz w najlepszej kondycji w całym moim życiu.

Niezwykle się cieszę, że mogę to powiedzieć. Od lat (jak wielu z Was wie) z moim zdrowiem było fatalnie – miałem nadwagę, prowadziłem siedzący tryb życia, byłem uzależniony od śmieciowego jedzenia i papierosów, a do tego przepracowany.

Dzisiaj, po ponad pięciu latach zdrowego stylu życia, ważę prawie 30 kilogramów mniej. Jestem szczuplejszy niż byłem kiedykolwiek od czasów liceum i noszę ten sam rozmiar spodni, jaki miałem wtedy – mając wiele więcej siły niż wcześniej. A jednocześnie mogę ćwiczyć, chodzić na piesze wędrówki i podejmować różnorodne aktywności lepiej niż kiedykolwiek. Jak udało mi się to osiągnąć? Powoli. Nie stosowałem żadnych diet-cud, nie traciłem wagi szybko. Nie robiłem niczego ekstremalnego. Tak naprawdę chodzi o to, by żyć zdrowiej, jeść pełnowartościowe produkty i być aktywnym przez większość dni. Oraz o cieszenie się tą podróżą.

Dziś pomyślałem, że podzielę się nieco własnym sposobem odżywiania się. Nie po to, by kopiować to dokładnie, lecz w celach informacyjnych – jak przejść podobną drogę.

Moja ogólna filozofia jedzenia

  • Nie rzucam się na nic ekstremalnego. Wprowadzałem małe zmiany w mojej diecie i przez lata odkryłem, że to działa najlepiej. Jeśli próbujesz drastycznych zmian, znienawidzisz je i nie wytrzymasz w nich zbyt długo. Ale dodaj trochę więcej owoców i warzyw – nie jest to trudne. Zamień w najbliższym miesiącu napój gazowany na wodę i nie poczujesz, że coś zostało utracone.
  • Jem powoli: No dobra… nie zawsze, ale przez większość czasu. Powolne jedzenie pozwala mi w pełni odczuć smak zdrowych posiłków, które spożywam i w ten sam sposób jem mniej nadal czując się syty (a nie napchany).
  • Jem naturalne produkty. Wybieram warzywa i owoce, orzechy, nasiona roślin strączkowych i niektóre pełnoziarniste zboża. Część mojego jedzenia jest przetworzona, ale w większości są to produkty, które znajdzie się na dziale żywności pochodzącej bezpośrednio od rolnika.
  • Jem produkty pochodzenia roślinnego. Robię to głównie z powodu współczucia (zabijanie zwierząt dla przyjemności nie wydaje mi się właściwe), ale odkryłem również, że to niezwykle zdrowy sposób jedzenia. Oczywiście można też być weganinem i odżywać się niezdrowo (jeść przetworzone podróbki mięsa i słodycze), ale trudno jest popełniać błędy, jeśli bazuje się na pełnowartościowych produktach. I tak, będąc weganinem, łatwo jest zapewnić sobie odpowiednią ilość białka.
  • Dobrze się bawię. Szukam zdrowych produktów, które lubię – tak jak na przykład borówki – i delektuję się ich smakiem. Od czasu do czasu w małych ilościach jadam słodycze, ciesząc się każdym ich kęsem. Pijam czerwone wino i uwielbiam to. Jest cudownie, gdy czasem piję piwo. Raz w tygodniu jem pizzę, jest przepyszna. W zdrowym odżywianiu nie chodzi o poczucie straty i ograniczenia, lecz o znalezienie sposobów na to by jednocześnie dobrze się bawiąc prowadzić zdrowy styl życia.

Mój sposób jedzenia

W tym miesiącu ograniczyłem jedzenie mniej zdrowych produktów tylko do sobót. Oznacza to, że jem frytki, pizzę, słodycze czy piję piwo tylko w soboty. To sprawiło, że jestem jeszcze szczuplejszy. Polecam ten sposób życia. Przez resztę tygodnia spożywam umiarkowana ilość owoców i pełnoziarnistych zbóż, nie jem mięsa, smażonych produktów. Nie piję kalorycznych płynów (z wyjątkiem wina do kolacji od czasu do czasu) i nie jem prostych węglowodanów (białego pieczywa, białego ryżu, produktów z białej mąki).

Co jem:

  • Strączkowe. Soczewicę, fasolę białą, czerwoną, czarną, adzuki, mung, groch, cieciorkę, soję.
  • Orzechy i nasiona. Migdały, orzechy włoskie, nasiona, oliwę z oliwek, awokado.
  • Warzywa. Dużo zielonych warzyw takich jak brokuł, szpinak, boćwina, jarmuż. Marchewki, paprykę różnokolorową, kiełki i inne.
  • Owoce. Jagodowe, jabłka, pomarańcze. Drobne suszone owoce w niew ielkich ilościach np. rodzynki.
  • Pełnoziarniste produkty zbożowe. Płatki owsiane, quinoe (komosę ryżową), kaszę gryczana, pęczak, ryż brązowy i dziki, pieczywo razowe. To wszystko – nie jem makaronów, pełnoziarnistych babeczek i innych tego typu produktów.

Moje posiłki

Mój typowy dzień wygląda tak:

  • Śniadanie. Codziennie między 10.30 a 11.30 jem płatki owsiane. Gotuję je, a następnie dodaję siemię lniane, cynamon, borówki, migdały, rodzynki i może niewiolką ilość banana czy malin.
  • Obiad. Zwykle olbrzymia sałatka z zielenią (sałata, szpinak, rukola, roszponka, jarmuż) i kiełkami, awokado, fasola albo inne strączkowe, orzechy, odrobina owoców, ocet balsamiczny. Czasem zjadam tofu z patelni z zielenią.
  • Przekąska. Gdy po południu dopada mnie głód, jem orzechy, suszone owoce, warzywa, czasem humus (pastę z cieciorki).
  • Kolacja. Strączkowe z warzywami lub tofu z patelni albo wegąńskie chilli z fasolka. Ten posiłek często ulega zmianom. Czasem fasolka jest po indyjsku, czasem po meksykańsku. Czasem jem quinoe i piję czerwone wino do kolacji.

I to tyle. Z czasem odkryłem, że potrzebuję mniej jedzenia niż kiedyś. Jedząc powoli, poczujesz się syty po mniejszej ilości jedzenia.

Rezultaty

Na początku moje „wybryki” rozkładały się na cały tydzień, tu pełnoziarnista babeczka, tam pizza czy piwo, częściej niż chciałbym to przyznać. Ale przełożenie tego wszystkiego na sobotę pomogło mi zachować uczciwość wobec samego siebie przez resztę tygodnia.

Naprawdę lubię jedzenie pełnowartościowych produktów, lubię być lżejszy i szczuplejszy. Na skutek takiego odżywiania się nabrałem mięśni, choć może w przyszłości bardziej się skoncentruję na zbudowaniu większej ich masy. Ostatnio przeszłem badania kontrolne – wszystkie wskaźniki mówiące o stanie mojego zdrowia wyszły prawidłowo. Ten sposób odżywiania całkowicie zmienił moje życie.

Uwagi

Kilka odpowiedzi na potencjalne pytania:

  • Soja nie jest niezdrowa. Mogliscie czytać różne przerażające artykuły w internecie, ale to niezrozumienie wyników badań. Jem soję w umiarkowanych ilościach, w naturalnych jej formach (tofu, tempeh, naturalne mleko sojowe). Nie mam biustu i jestem całkowicie zdrowy. Zamiast wskazywać na „naukowe” wyjaśnienia, dlaczego soja jest niezdrowa, wskaż mi aktualne, prawidłowo przeprowadzone badania, które wskazują na to, że normalne ilości soi (nie izolatu białkowego) powodują jakiekolwiek problemy zdrowotne.
  • Dzięki diecie wegąńskiej możesz w zupełności uzyskać wystarczającą ilość białka, wapnia i żelaza jedząc pełnowartościowe produkty, a nie śmieci.
  • Cukier jest śmieciem, tak samo jak biała mąka, makaron, białe pieczywo, frytki. To bezwartościowe, puste kalorie. Pełne ziarna (stosowane z umiarkowanie) są źródłem składników odżywczych i błonnika.
  • Niewielka ilość mięsa nie jest niezdrowa, jeśli wybierasz mięso zwierząt żywiających się trawą i z wolnego chowu. Większość ludzi spożywa zbyt duże ilości mięsa, jaj i nabiału. Moim zdaniem spożywanie tych produktów jest nieetyczne w każdej ilości, nawet z wolnego chowu. Przedmiotowe wykorzystywanie zwierząt i ich cierpienia dla własnej przyjemności nie jest znakiem współczucia i troski. Jak pokazuje mój przykład nie potrzebujemy produktów zwierzęcych by osiągnąć zdrowie, jemy je tylko dla przyjemności (dla smaku).

Zapoznaj się z innymi artykułami na stronie.